Jakoś około roku 2000 oglądałam w telewizji reportaż o terenach przy granicy z obwodem kaliningradzkim. Nie pamiętam tytułu. Chodzi mi po głowie, że coś w stylu: "Tam gdzie się kończą Mazury" czy jakoś tak - ale mogę się mylić, dawno to już było. Film opowiadał o życiu na zapadłej prowincji, daleko od wszystkiego. O upadku PGRów, bezrobociu, apatii. Ujęcia były chyba głównie listopadowe - szare niebo, szare bloki, błoto, zadymione pomieszczenia o zaparowanych oknach. Stacyjki, spelunki, sklepiki. Część filmu była poświecona na Górowo Iławeckie. Wgryzł mi się w pamięć niesamowity urok tego miejsca - zagubionego gdzieś na końcu świata. Od tego czasu bardzo chciałam zobaczyć to miasteczko, ale jakoś się nie złożyło. Aż do dzisiaj. Wiem dobrze, że nie znajdę tu klimatu z tamtych kadrów. Ale czy będe potrafiła patrzeć na otaczającą rzeczywistość normalnie, a nie przez pryzmat jakiś obrazów sprzed lat?
I mimo, że miasteczko nie przypomina już ujęć z tego filmu - minęło przecież prawie 30 lat, nie rozczarowało mnie. Nadal jest tu spokój, sielskość, niespieszność. Ten rodzaj atmosfery, który się czuje, a ciężko opisać słowami czy udokumentować zdjęciami. Na tegorocznej naszej wędrówce wzdłuż granic mijaliśmy 6 miasteczek (Korsze, Sępopol, Bartoszyce, Lidzbark Warmiński, Górowo Iławeckie i Dobre Miasto), ale bezapelacyjnie to Górowo jest moim faworytem.

Zawsze też intrygowała mnie nazwa - dlaczego "Iławeckie"? Przecież "Iława", ta nad jeziorami, jest daleko stąd. Dopiero z relacji Pudla dowiedziałam się, że to faktycznie od "Iławy", ale nie tej co myślałam - od "Iławy Pruskiej" zwanej później "Iławką", która teraz jest rosyjskim Bagrationowskiem. Miasto to w 1945 roku przez kilka miesięcy należało do Polski, pełniąc rolę miasta powiatowego. Potem granica została przesunięta, Iławka znalazła się po radzieckiej stronie, więc Górowo przejęło rolę stolicy powiatu iławeckiego. Mimo że to po kilkunastu latach uległo zmianie - nazwa pozostała. Tak we współczesnej nazwie zostały zaklęte powojenne zawirowania administracyjne regionu. Kurcze - to miasto ma mega urok, z której by strony na niego nie popatrzeć

Bardzo mi się też podoba jego herb - lis niesie w pysku upolowaną gęś, a w tle mury miejskie, kościoły, drzewo. Szkoda, że nie sprzedają gdzieś koszulek pamiątkowych z takim nadrukiem - ochoczo bym nosiła!


Wysiadamy niedaleko rynku.

Ciekawą wieżę ma ratusz - drewniana, jakby doklejona z innego budynku.

Przy ratuszu zamocowano tablicę upamiętaniającą spalenie czarownicy w 1686 roku. Babka pochodziła z Augamów. Zarzucano jej ponoć pakt z diabłem i rzucanie uroków na bydło. Egzekucje wykonano tu na rynku.

Sklep "Jutrzenka" niestety jest zamknięty - i to chyba tak permanentnie...

Takiego złapać na stopa - to by się fajno jechało!

Jednym z ciekawszych budynków na naszej trasie jest cerkiew, która osiedliła się w dawnym kościele ewangelickim.




Akurat jest msza. Lubię msze w cerkwiach. Wbijam. Choćby na chwilę. 7 osób uczestniczy w mszy. Kameralnie. Pierwszy raz jestem w cerkwi utworzonej w budynku takiego monumentalnego koscioła w stylu krzyżackim.


Ikonostas jest współczesny - wykonany na potrzebę cerkwi, a malowidło na suficie pamięta czasy dużo wcześniejsze, gdy obrządek był tu inny.

Na zewnętrznej elewacji przycupnął Chrystus - zadumany nad przemijaniem.

Dwóch świętych sprawia wrażenie nieco wkurzonych - jakby im coś nie grało, że trafili w takie okoliczności.


Przy kościele stoi tablica. Wyważony napis w 3 językach. Bez oceniania, oskarżania i negatywnych emocji. Raczej rzadkość. Bardzo pozytywne wrażenie na mnie zrobiła.

W innej części miasteczka spotykamy kaplicę - cerkiew przy cmentarzu. Też utrzymaną w ceglanych klimatach z dawnych lat.

Rozsiadamy się w knajpie "Róża Wiatrów". Coś przekąsimy, a przy okazji umożliwi nam to zwiedzanie miasta na lekko, bo plecaki można zostawić w barze.


Mają tu dwie wieże ciśnień. Jedna stoi przy starej gazowni.



Do wieży nie da się wejść. Tak wzmocnione drzwi nas na pewno nie przepuszczą

I jak teraz ludziska na Orsy trafią?

Gazownia jest odremontowana i pełni obecnie funkcje muzeum, ale gdy ją mijamy jest zamknięta i nikt nas nie zaprasza do zwiedzania.



Druga wieża ciśnień - kolejowa.

Idę z Bożenką zwiedzać okolice przydworcowe. Pusto, zielono i przestronnie. Każdy fragment terenu emanuje spokojem. Bardzo sympatyczna okolica!




Garaż? Albo inny barak czy kontener? I okno z firanką. Jakoś tak od razu miło i przytulnie.

Nieczynny dworzec PKP. Linia kolejowa biegła kiedyś z Lidzbarka Warmińskiego do obecnego Korniewa (po rosyjskiej stronie), ale pociągi już dawno przestały jeździć. Nawet torowisko jest rozebrane. Budynek dworca jest jednak częściowo użytkowany.






Mieści się tu np. knajpa w stylu baru mlecznego "Górowianka". Niestety późnym popołudniem, gdy szukamy miejsca wydawania paszy - jest już zamknięta. Rano jest otwarta, ale my nie jesteśmy głodni. No szkoda, ale co zrobić - nie zgraliśmy się czasowo.

Przy dawnym dworcu PKP stoi przystanek autobusowy o charakterystycznym kształcie wiaty. Mimo że miejsce na pierwszy rzut oka wydaje się zapomniane - nic bardziej mylnego! Jutro stąd właśnie odjedziemy!


Ciekawy łącznik między dwoma blokami.

Na nocleg zmierzamy na północ od miasta. Dzielimy się na kilka grup - ktoś zostaje dłużej w knajpie, ktoś jeszcze zwiedza miasto, ktoś ma rower, więc podąża własnymi ścieżkami. Jako forpoczta w stronę biwaku idę ja i Szymon. Po drodze mija nas biały bus. Zatrzymuje się, ale nie może nas podwieść, bo jedzie w przeciwną stronę. Gadamy chwilę. Koleś niechętnie opowiada o sobie, ale bardzo się interesuje nami, naszą wycieczką, gdzie idziemy, kiedy, po co, ile nas jest. Na tym etapie nie wzbudza to żadnych podejrzeń - normalne, że jesteśmy nietypową grupą dla takich obszarów i miejscowi traktuja nas jako pewne dziwactwo, które zawsze jest niezwykle interesujące.
Na nocleg rozbijamy się na leśnym parkingu z wiatami i miejscem ogniskowym. Są tu dwa bajorka o wodach czarnych jak na torfowiskach w Estonii.


Dziwne miejsce - tzn. chodzi o ilość osób, które się tu przewinęło podczas wieczoru/nocy/poranka. Albo Polska jest na tyle przeludnionym krajem, że gdziekolwiek by się nie poszło - wszędzie jak kij w mrowisko? Albo właśnie znaleźliśmy tajne centrum kulturalno - oświatowe województwa warmińsko - mazurskiego. Gdy przyszliśmy wieczorem trwała właśnie zbiórka jakiegoś zastępu skautowego - chyba 20 osób grało w berka wokół ogniska, jak zwykle w takich sytuacjach generując wokół siebie ogromną ilość radosnych okrzyków. Ja już chciałam brać nogi za pas i wbijać gdzieś w chaszcz przygranicznych lasów. Szczęśliwie Szymon wykazał się stoickim spokojem, twierdząc, że "zbiórka się zaraz skończy, oni wrócą do domu i w nocy będziemy mieć spokój". Skądinąd bardzo sympatyczna młodzież. Pogadaliśmy, zostawili nam rozpalone ognisko i kiełbasę.
Uprzedzając nieco fakty - podczas naszego pobytu przez ów leśny parking przewinęły się jeszcze 3 kampery, leśnicy i dwa ogromne autokary młodzieży szkolnej. Wędkarzy już nie liczę bo to pojedyncze sztuki. Nasza dość duża ekipa też wydaje się być nietypowa dla takiego miejsca. Zatem czy tu jest tak codziennie? Przypomnę, że mamy maj i środek tygodnia. Albo myśmy akurat szczególnie wycelowali w termin albo w letnie weekendy to szpilki tu nie wciśnie?
Powoli docierają pozostali członkowie ekipy. Ognisko płonie, stają namioty. Skądinąd zastanawiamy się czy te wiaty chronią przed czymkolwiek? Acz mamy szczęście nie musieć tego sprawdzać - pogodę mamy piękną.


Gdy przyszliśmy na to miejsce to oprócz skautów stał tu już jeden kamper i z jego ekipą się zaznajamiamy. Michał, jego partnerka, niemowle i pies. Ludzie mili, niemowle śliczne i grzeczne, pies wesoły i dobrze wychowany. Też dużo podróżują i lubią podobne klimaty. Miło razem spędzamy czas przy ognisku.

Przyjeżdżają potem jeszcze dwa kampery. Mimo całkiem sporego placu prawie wjeżdżają mi w namiot. Jakoś zawsze najlepsze miejsce jest tam, gdzie już ktoś się rozłożył i trzeba mu stanąc na głowie. Z właścicielami tych pojazdów kontaktu żadnego nie nawiązywaliśmy. Przewinął się jedynie strzępek rozmowy: "zamknij szybko drzwi, bo nie wiedzieć po jakiego ch*** rozpalili to g*** i napier*** dymem. Wszystko będzie śmierdzieć". To chyba było o naszym ognisku?

Zastanawiam się też czy będę musiała przestawić namiot, żeby nie spać w polu rażenia bocznego reflektora... Gdzieś potem przewija się w naszych rozmowach temat: "wielkość kampera a strach przed ciemnością". Rano owe auta dość szybko odjeżdżają - pewnie się boją, że znów rozpalimy ognisko

Poranna polana usiana namiotami. Zdjęcia uchwyciły ten krótki moment czasoprzestrzeni, gdy jesteśmy tu tylko my i rodzina Michała.




Udaje mi się też wstrzelić czasowo i zdążyć wykąpać. Jeziorko jest cudne, ale tak lodowate, że w czasie pływania bardzo szybko drętwieją ręce i nogi. Woda zdaje się być gęstsza niż zazwyczaj. Nie wiem czy to kwestia tej torfowatości czy jeszcze nie do końca odmarzła?





Potem przychodzą leśnicy "wypier*** nas z lasu". Nie no, to tak sobie tylko żartujemy - w nawiązaniu do przygód pierwszego wieczora. Wprawdzie bawi to tylko mnie i Szymona, bo pozostałych uczestników jeszcze w pierwszy dzień nie było. A dzisiejsi leśnicy są całkiem w porządku - proszą tylko, żeby szybko złożyć namioty zanim przyjadą tu dwa autokary dzieci szkolnych. Cooooo??? Tak, to prawda. Chwilę potem autokary wjeżdżają i wysypuje się na łąki szarańcza w ilości kilkadziesiąt sztuk. Acz ciężko to oceniać inaczej niż stado - porusza się razem, wznosi okrzyki razem, czasem ma sie wrażenie, że to jeden organizm.

Kameralny poranek na leśnej polanie, zagubionej gdzieś w przygranicznych lasach


A po co oni tu przyjechali? Ano w ramach zajęć szkolnych. Jakieś lekcje zaznajamiania dzieci z lasem, prowadzone przez leśników. Że tu są rośliny, zwierzęta, co się uprawia, co się chroni, że gospodarka leśna itp. W tym celu przygotowano całe stoły pomocy dydaktycznych - poroża, szyszki, huby, liście. Gdy cała wycieczka idzie na obchód jeziorek - my zaznajamiamy się z pozostawionymi rekwizytami






Ma miejsce jeszcze ciekawa sytuacja. W którymś momencie podchodzą do nas dziewczęta ze szkolnej wycieczki, na okolo 5-6 klasa. "Przepraszam bardzo, gdzie tu jest ubikacja?". Już nie pamiętam kto odpowiedział, że w sumie... wszędzie. Za tym krzaczkiem, i za tamtym. Przez chwilę widać niedowierzanie i przerażenie w oczach dziewcząt. Jedna patrzy na drugą, druga na pierwszą. Ktoś dodaje: "Może też u was w autokarze jest ubikacja?" Jest. Dziewczęta są uratowane! Nasuwają się myśli, że chyba faktycznie takie lekcje są potrzebne, bo może niektóre dzieci serio są po raz pierwszy w lesie? I nie wiedzą co to szyszka?
My tymczasem zbieramy manatki i idziemy w stronę Górowa, jako że na dziś mamy plan podjechać autobusem. I znów na szosie przez las spotykamy tego samego kolesia, w tym samym białym busie. Przypadek? No chyba tak. Choć pojawiają się myśli, że może on nas śledził? Gadamy chwilę, mówimy mu, że jedziemy do Dobrego Miasta, że nocleg udany, że Górowo nam się podoba i bla bla bla. Bus odjeżdża. Gdy czekamy przy dworcu PKP na autobus - widzę tego busa jeszcze raz. Ale już się nie zatrzymał - tylko przejechał obok.
Na klimatycznym przystanku z wygiętym dachem czekamy na autobus do Dobrego Miasta - skąd będziemy kontynuować wędrówkę.



cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"
na wiecznych wagarach od życia..